Wierni kibice bydgoskich siatkarek z pewnością pamiętają jeszcze Irinę Smolianiec. Przed czterema laty zdobywała punkty dla “Centrostalu/Eltry”. Odwiedziliśmy ją w Belgii, aby sprawdzić jak potoczyły się jej losy po odejściu z Bydgoszczy.
Było, minęło…
Ira grała w bydgoskiej drużynie w sezonie 1998/1999. Przyszła do Bydgoszczy z Jewpatorii na Krymie, a miejsce w “Pałacu” znalazła głównie dzięki… Igorowi Filisztyńskiemu, trenującemu obecnie zespół Dynama Odessa, z którym w poprzednim sezonie nasze siatkarki walczyły w rozgrywkach Top Teams Cup. Jak większość zawodniczek zza wschodniej granicy, Ira szukała dla siebie klubu na Zachodzie, gdzie można więcej zarobić.
Niestety, sezon 98/99 nie była dla Centrostalu/Eltry zbyt udany. Z drużyną przed rozpoczęciem rozgrywek pożegnała się Ewa Kowalkowska, która podpisała kontrakt w Kaliszu. Zespół pozbawiony swej liderki stać było tylko na zajęcie szóstego miejsca w lidze. Dla Iry sezon ów rozpoczął się pechowo, bo od kontuzji, która wyeliminowała zawodniczkę z gry na prawie miesiąc. Po powrocie na parkiet długo nie mogła pokazać pełni swoich możliwości, ale z meczu na mecz “rozkręcała się” i w drugiej części sezonu była już jedną ze skuteczniejszych siatkarek bydgoskiej drużyny. Mimo tego, po zakończeniu rozgrywek klub postanowił nie przedłużać z nią kontraktu. Irina przyznaje, że była wówczas tą decyzją mocno rozczarowana, ale i zdziwiona.
“Przeglądałam różne statystyki i wynikało z nich, że byłam w drużynie jedną z najlepszych zawodniczek”. Dziś jednak niechętnie rozmawia na ten temat. “Bardzo miło wspominam swój pobyt w Bydgoszczy. Pamiętam tylko te miłe chwile, o innych staram się zapomnieć”.
Kierunek – Belgia
Wtedy jednak postawiono ją przed niemałym dylematem. Na Ukrainę wracać nie chciała, a znalezienie nowego klubu wcale nie jest zadaniem łatwym. Kiedy więc pojawiła się szansa gry w Belgii, nie namyślała się długo. Jej pierwszym klubem był Cornix Schelle. Drużyna ta nie była jednak zbyt mocna personalnie, a ponadto borykała się z kłopotami finansowymi. Cornix ostatecznie zakończył sezon 1999/2000 na ósmym miejscu (na 12 drużyn). Tuż po zakończeniu rozgrywek zarząd klubu ogłosił jednak jego rozwiązanie. Ira została jednak zauważona i bez większych problemów znalazła nowego pracodawcę. Od 2000 roku broni barw VBC Calaminii Kelmis.
Języki, języki…
Kelmis to małe, kilkutysięczne miasteczko położone kilka kilometrów od Akwizgranu, blisko granicy z Niemcami i Holandią. Co ciekawe, nietrudno tu spotkać Polaków. W Calaminii gra nawet Małgorzata Moszko, która przed 10 laty reprezentowała barwy Stali Mielec. Dzięki stałemu kontaktowi z naszymi rodakami Ira mówi dziś bardzo dobrze po polsku. Ale nie tylko. Grając w wielojęzycznej Belgii musiała już nauczyć się choć trochę mówić po flamandzku i niemiecku. Na tym nie koniec. Calaminia, po fuzji z drużyną z Hermalle, będzie grać od nowego sezonu w tej drugiej miejscowości, gdzie mówi się po… francusku. “Przyznaję, że nie mam ochoty się już nigdzie przenosić, bo mylą mi się te wszystkie języki i mam już mętlik w głowie” Đ śmieje się Ira.
Dwa światy
Irina przyznaje, że przyjeżdżając do Belgii doznała małego szoku. Gra w lidze belgijskiej różni się zasadniczo od gry w Polsce. Wystarczy powiedzieć, że tylko ona i jej współlokatorka, Rosjanka Irina Pantiuchowa, otrzymują pieniądze za grę! Reszta zespołu gra wyłącznie dla własnej satysfakcji. Zmusza to niejako siatkarki do szukania stałej pracy. W związku z tym 2-godzinne treningi odbywają się tylko trzy razy w tygodniu. Na siłowni przykładowo nie ma żadnej kontroli.
“Jeśli dziewczyny stwierdzą, że zamiast trenować lepiej jest poplotkować, to nie ma żadnego problemu”. Wszystko to odbija się zdecydowanie na poziomie sportowym reprezentowanym przez poszczególne siatkarki. “Kiedy tu przyjechałam nie mogłam uwierzyć, że niektóre dziewczyny, grające bądź co bądź w I lidze, nie potrafią dobrze odbić piłki. U nas też gra taka jedna, która oprócz wzrostu nie ma żadnych atutów i kiedy dogrywa się do niej piłki, wszyscy wokół zamykają oczy” – żartuje sobie Irina.
Plażówka ponad wszystko
Pytam się zatem, gdzie jest lepiej grać: w słabszej lidze, gdzie siatkówkę traktuje się niemal jak zabawę, czy też w lidze mocniejszej, w której jednak trzeba się o wiele bardziej napracować. Ira zastanawia się przez chwilę.
“Pewnie, że o wiele lepiej się gra w drużynie, w której koleżanki prezentują wysoki poziom sportowy. To mobilizuje. Z drugiej jednak strony, tu zarabia się więcej niż w Polsce. Ponadto po zakończeniu kariery człowiek ma już stałą pracę i nie musi się martwić, co dalej” Đ wyjaśnia swoje wątpliwości w tej kwestii.
W Belgii nikt nie przejmuje się zbytnio przegranymi meczami. Miałem okazję obejrzeć kasetę wideo z jednym z takich spotkań. Mimo że Calaminia poniosła porażkę, po meczu wszystkie siatkarki odtańczyły dla kibiców obowiązkowego kankana. Potem odbywają się najczęściej spotkania z kibicami, podczas których można sobie porozmawiać z siatkarkami. W wyniku tego więzi między widzami a zawodniczkami stają się niemal rodzinne.
Kiedy ma trochę wolnego czasu lubi poczytać sobie książkę, obejrzeć dobry film. Latem jednak najchętniej gra w plażówkę. Ma na swoim koncie już kilka sukcesów. Warto wspomnieć, że to właśnie Ira wraz z Dominiką Smereką wywalczyły w 1998 roku tytuł mistrzyń Polski w tej dyscyplinie. W Belgii kontynuowała dobrą passę. Na szafie stoi duży puchar, który otrzymała za zwycięstwo w turnieju trójek mieszanych.
Z bułką na parkiet
Irina także szukała dla siebie dodatkowej pracy. Początkowo zajmowała się… trenowaniem dzieci z Kelmis. Ich rodzice bowiem zapragnęli, by swoje pociechy nauczyły się grać w siatkówkę. A że Ira była zdecydowanie najlepszą zawodniczką Calaminii, okazała się idealnym kandydatem na nauczyciela. Największym problemem okazało się jednak to, że dzieci, które uczęszczały na treningi… wcale nie miały ochoty na siatkówkę!
“Dostałam taką grupkę, same krasnale, z których największy miał 130 cm. I jak ja miałam nauczyć takie szkraby zbijać piłkę?”. Trudno też było o dyscyplinę. “Ja im mówię, że się rozgrzewamy, a one wyciągają z toreb śniadanie i zaczynają jeść. Mówię Đ nie teraz, to one w płacz”. W efekcie długo nie wytrzymała i skończyła swą przygodę z trenerką.
Obecnie pracuje w firmie logistycznej, gdzie zarabia drugie tyle, co grając w siatkówkę. Pozwala to na spokojne życie. Jak się dowiaduję, klub opłaca jej mieszkanie. Od klubu otrzymała także 10-letniego citroena. “Żadne tam cacko, ale swoje wyciąga”. Rzeczywiście, na autostradzie jechaliśmy nim ponad 170 km/h.
Polscy kibice najlepsi
Ira do dziś żywo interesuje się tym, jak wiedzie się jej byłej drużynie w Polsce. Regularnie prosi o garść najświeższych informacji o losach bydgoskiej ekipy. Mówi, że kiedyś z pewnością przyjedzie jeszcze do Bydgoszczy, by spotkać się ze swoimi znajomymi. Najbardziej brakuje jej jednak, jak twierdzi, wspaniałego dopingu bydgoskich fanów siatkówki.
W Belgii kibice nie są tak aktywni jak w Polsce. “Tutaj traktuje się mecz jako swego rodzaju piknik”. I to właśnie do kibiców w Bydgoszczy Irina kieruje ostatnie słowa: “Pozdrów proszę wszystkich, którzy jeszcze o mnie pamiętają. Kocham Was wszystkich!”.
Autor artykułu: BŁAŻEJ SZEMPLIŃSKI